20 września 2009

Strzelająca kawa, zielona szafka i całkiem normalna szarlotka...

Wiecie co dzisiaj piłam?
... HAa...
W życiu nie zgadniecie:P
Strzelającą kawę!!!
Tak do choroby...! Strze-la-ją-cą.
I co się z tym światem porobiło? Co?
Jeszcze całkiem niedawno, tachałam wielkie krzesło pod zieloną szafkę w czarodziejskiej Mamciowej kuchni, aby wykraść magiczną, brzęczącą puszkę. Puszkę ze świeżą kawą - ziarnistą. A robiłam to tylko po to, aby wygrzebać najładniejsze ziarna i... zjeść;) Tak właśnie - zjeść, bo wg. wyrośniętych byłam za mała, aby ją pić. Albo jeszcze parzyłam kawę rodzicom i wąchałam ją dopóki fusy nie opadły.
A dzisiaj? Ani to nie wygląda, ani nie smakuje tak jak kiedyś. Strzela! Nawet Pawcik słyszał.
Kurcze, muszę sobie w końcu ekspres kupić.

A Paweł powiedział, że jutro szarlotkę upiecze. Idę spać, to szybciej będzie jutro:) i szarlotka - mniam:P
Dobranoc:)

Ps. Paweł chce mieć psa. Ja mam trzy nowe kaktusy - ładne są. Jutro zrobię im portret rodzinny:D

1 komentarz:

  1. Wyjadanie kawy też mi kiedyś służyło ;) Dostawałam kilka ziarenek przy jej mieleniu... a potem nastał smutny czas prosperity kawy już zmielonej. I więcej ziarenek już nie dostawałam :(

    OdpowiedzUsuń